Zanim zaczęliśmy się zastanawiać, dokąd chcemy iść, ktoś już wyznaczył nam kierunek. Pracuj więcej. Kupuj więcej. Miej więcej. Wyglądaj lepiej. Bądź na bieżąco. Nie zatrzymuj się.
Niby jest nas coraz więcej, żyjemy uciśnięci bliżej siebie w wielkich miastach, ale tak naprawdę oddaliliśmy się od siebie jak nigdy dotąd. Nie potrzebujemy siebie nawzajem. Każdy żyje w swojej bańce informacyjnej, w swoim algorytmie Google’a, przekonany o wyższości własnego poglądu nad poglądem sąsiada. Wszak uzyskałeś potwierdzenie swojego zdania w 10 artykułach, jak można być tak głupim, żeby w ogóle myśleć inaczej? Nie ma o czym z nim gadać, po co mi on? Zresztą nie mam czasu, muszę spłacić kredyt, kupić furę za 200 k, posłać dzieciaki do prywatnej szkoły i skończyć doktorat. Wtedy w końcu będę szczęśliwy. Bo teraz to jestem uśmiechnięty, bo taka moda, ale szczęśliwy to nie do końca. Ale wierzę głęboko, że za 15 lat, jak już to wszystko ogarnę, to będę. Wprawdzie ludzie, którzy to mają, mówią, że to nie tędy droga, ale ja będę. Niech tylko jeszcze wygrają wybory ci, co ja chcę. Bo argumentów na to, że ci moi są lepsi, mam setki. Tamci to faszyści, którzy nienawidzą innych i nie rozumieją, że różnorodność jest fajna. Albo lewaki, hipokryci, co nienawidzą Kościoła – fundamentu naszej europejskiej kultury – i ludzi o innych poglądach, a gadają tyle o tolerancji. Tego wymaga moje środowisko, żeby nienawidzić jednej z tych grup i obwiniać ją za wszelkie zło tego świata. No i być zarobionym, bo to cel sam w sobie.
Gdzie tu jest problem? W tym, że tak się poświęcamy byciem fajnym na zewnątrz, że zapomnieliśmy o sobie. W naszym wnętrzu jest coraz większa pustka. Niby robimy wszystko zgodnie ze schematem szczęścia, a jednak coraz bardziej widzimy, że to jest złudne i że jesteśmy coraz bardziej zagubieni. Sprzedaliśmy się za garść srebrników. Oddaliśmy się social mediom, zamiast pielęgnować bezpośrednie relacje, zamieniliśmy prawdziwą żywność na gówniane jedzenie. Hazard i gry zamiast stawiania prawdziwych wyzwań. Mamy leki maskujące dolegliwości zamiast rozwiązywania problemów holistycznie. Pożądanie promowane przez porno zamiast namiętności i obcowania z prawdziwą kobiecością. Wyrzuty sztucznej dopaminy zamiast prawdziwego spełnienia. Żeby mieć czas na zarabianie błyskotek, korzystamy z substytutów prawdziwego życia.
Dlatego niby wszystko OK, a jednak czujemy, że coś mocno nie gra. Pomimo że niby wszystko się zgadza, ciągle gdzieś biegniemy i nie możemy dotrzeć. Bo jesteśmy ludźmi, a nie maszynami. To tak nie działa, że dostarczy się nam zamienniki wszystkiego i jest OK. Mamy duszę i intuicję. Na najpłytszym poziomie można zapchać nasze zmysły, ale głębiej czegoś zawsze będzie nam brakować.
Dlaczego tak się spłyciliśmy? Bo tak nam wmówiono. Stworzono reklamy emocjonalnie i neurologicznie działające na nasze decyzje, żywność naszprycowano chemią, której ilość jest tak wyliczona, żeby optymalnie aktywować u nas ośrodek nagrody. Wykorzystano słabość naszego mózgu, który dąży do jak największego upraszczania, żeby oszczędzać energię. To wszystko dla zysku niewielu. Którym wiecznie mało.
Rozwiązaniem jest skierowanie uwagi do wewnątrz. Nasze ztraumatyzowane umysły łatwo oszukać, czy to reklamami, czy socjotechnikami, albo poprzez wpojenie mu przekonań. Ale gdzieś głębiej jest coś, czego nie da się tak łatwo omamić. To dyskretne coś wewnątrz. Ono wie. Ty wiesz. Ten prawdziwy Ty.
Nie ten zbudowany przez zewnętrzną narrację. Bojący się wyrazić siebie, żeby się nie ośmieszyć. Bo każdy czuje, jak coś jest nie tak, ale mało kto ma odwagę głośno o tym mówić. Bo większość zrobi z niego szura, płaskoziemce, ruską onucę. Bo tak ludzi zadających pytania do oficjalnej narracji stygmatyzują media. Bo one są atencyjne. Żyją z naszej uwagi, więc przedstawiają informację tak, żebyśmy chcieli oglądać je jutro ponownie. Podrasowane nienawiścią i strachem. Jeżeli oglądasz TVN, to wiadomo, że oczekujesz hołubienia Tuska i obaw prezentera, że kibol Nawrocki ułaskawi wszystkich skinów i jutro dostaniesz w zęby za tęczową torebkę. A jak Republikę, to że Nawrocki załatwił nam w Stanach z Trumpem ochronę wschodniej flanki NATO, a politycy KO w tym czasie ruchają się z psami i dziećmi w domu Kamili Lorenc w Kłodzku. Wszyscy wyciągają skrajne sytuacje z poczynań drugiej strony i przedstawiają ją jako normę. Bo wiedzą, że tego chcesz.
Czy to naprawdę takie ważne, żebyś poświęcał temu godzinę czy dwie dziennie, żeby wszystko o tym wiedzieć? Czy to, jaka będzie podwyżka podatku, aż tak na Ciebie wpłynie? Jesteś Brzoska z InPostu, że to dla Ciebie różnica w bańkach? A co, gdybyś tyle samo czasu poświęcił na rozwój dowolnej kompetencji miękkiej albo naukę czegoś, co da Ci w życiu przewagę w Twojej branży? Godzina dziennie. Latami. Gdzie byś teraz był?
A gdybyś skoncentrował się na drodze do sukcesu, codziennie dziękował za to, co masz, i cieszył się z tego, jakim człowiekiem się stajesz na swojej drodze, zamiast przeć do swoich celów po trupach, wyzbywając się wszelkich ludzkich odruchów, byleby osiągnąć swój ukochany status finansowy? Pisałem, że cele są dobre i muszą być, ale zachowaj przy tym swoją ludzkość, kieruj się honorem. Wiem, że jest ciężko w czasach, kiedy politycy dają z góry taki przykład jak dzisiaj. Łżą, śmieją się ludziom w twarz, zasłaniają immunitetem i za żadne skarby nie podadzą się do dymisji. Ale jeżeli tak jak ja zauważasz, że ta droga zaraz skończy się upadkiem w przepaść, zacznij być zmianą.
Bo coraz więcej ludzi widzi, czuje, wie. Jesteśmy coraz bardziej rozczarowani powierzchownością ideologii materializmu Zachodu i wyruszamy w podróż w głąb siebie. Widzimy, że nomenklatura dała się obezwładnić własnemu umysłowi, własnemu ego. Liczy się dla nich tylko kolejny cel, kolejny miliard. Nawet kosztem tysięcy innych ludzi – nieważne. A czy oni są szczęśliwi? Jeśli tak, to dlaczego tak popularne są tam uzależnienia od alkoholu czy narkotyków? Dlaczego jeżdżą na wyspę Epsteina robić takie rzeczy?
Może właśnie dlatego, że kiedy masz już wszystko, zwykłe bodźce przestają wystarczać? Potrzebujesz kolejnych celów, kolejnych emocji, kolejnych granic do przekroczenia. I ta gra może trwać w nieskończoność.
Więc droga ta z założenia nie prowadzi do happy endu. Tam nie ma nic na końcu. Ta gra się nie skończy.
Taką drogą chcemy iść jako kolektyw? Oni nam ją promują, bo mają z tego zysk. Bo na tym zyskuje ta garstka najbogatszych, dla których każdy z nas jest tylko rubryczką w Excelu. Ale my nie musimy w nią grać. Jak zaczniemy masowo odchodzić od stołu, oni, chcąc utrzymać status quo, będą musieli swoje postępowanie zmienić. To nasza nieświadomość jest ich siłą napędową. Gdy zaczniemy iść swoją ścieżką i zwracać uwagę na to, co naprawdę ważne i co ma w życiu znaczenie, oni będą bezsilni. Bo tak naprawdę nie mogą Cię do niczego zmusić. Mogą tylko kusić.
A zmianę należy zacząć od siebie. Od swojego myślenia. Wyobraź sobie swoje życie jako żonglerkę piłkami. Masz piłki: praca, rodzina, zdrowie, przyjaciele, duchowość i wszystko inne, co jest dla Ciebie ważne. Piłka „praca” jest gumowa. Jak upadnie, odbije się i zawsze znajdzie się inna. Pewnie przerabiałeś to już w życiu nie raz. I zawsze dawałeś radę. Ale pozostałe są szklane. Pamiętaj o tym na co dzień.
Skup się na tym, co ważne i nie daj się rozproszyć innym. Bo ludziom, którzy to robią, nie zależy na Twoim dobru. A Tobie raczej powinno.
Pierdol, co oni mówią, co czasem mówi Twój umysł. Graj w życie po swojemu. Chroń piłeczki, które się bezpowrotnie rozbiją. Zadbaj o siebie. O najbliższych. Nie o korporację.
To jest prawdziwe życie. Nie żyjesz tylko dla pieniędzy.
Tak było od 300 000 lat. Nie daj się chwilowej modzie. Ona trwa relatywnie krótko i zaraz się skończy. Bo nie mogła zagościć na dłużej. Jest zbyt egoistyczna., nietrwała, ma słabe podwaliny.
Zajmij się swoim życiem. Ciałem, umysłem i przede wszystkim duchem.
W następnych artykułach będę Ci pokazywał jak.
Bo to nie hajs jest tutaj najważniejszy.
Ale przekonać się o tym należy nie z poziomu umysłu.
GŁOS STĄD