„Dobrobyt rodzi odrętwienie. Komfortowe, nowoczesne życie zapewnia poczucie błogostanu. Nasi przodkowie w nieodległej przeszłości w dużo większym stopniu zarabiali na byt pracą fizyczną, dziś posługujemy się przede wszystkim głową. Zaniedbaliśmy sprawność ciała, a nasze profesje są do tego stopnia pozbawione fizyczności, że wymyślamy siłownie, programy fitness i diety, które mają zastąpić uprawianie roli czy wywołaną głodem pogoń za zwierzyną. Słabość jest źródłem otyłości, infekcji i wielu chorób. Jesteśmy słabi. Utknęliśmy w ciepłych kokonach, zadowoleni z siebie. Żyjemy w wirtualnej rzeczywistości, w której każdy jest gwiazdą osobistego reality show; facebookowa tożsamość wyolbrzymia przeświadczenie o własnej istotności i nadaje naszej pustej egzystencji fałszywe poczucie wartości. Tkwimy głęboko w bagnie marazmu i trzeba nas stamtąd wyrwać siłą”.
Powyższymi słowami Marty Gallagher rozpoczyna przedmowę do jednej z książek o Wimie Hofie. Postanowiłem to tu wstawić, bo w mojej ocenie tekst ten idealnie oddaje to, o czym jest ten post. O słabości dzisiejszego człowieka. Ogółu. I o jednej z technik, dzięki której można to zmieniać.
Sam Wim Hof ma teorię, że obecna epidemia nowotworów i chorób autoimmunologicznych to wina fizycznego konformizmu. Że nasz organizm ma w DNA program walki z warunkami zewnętrznymi, który zapisał mu się przez ostatnie tysiąclecia. I że program ten wciąż nie zdążył się dezaktywować, bo jeszcze minęło za mało czasu, a my zdążyliśmy już zadbać o swój ciepły kurwidołek na tyle, że nie ma on z czym walczyć. I w sytuacji takiej dezorientacji atakuje własne komórki. Ma to sens. Czy tak jest? Nie wiem. Nauka też nie wie i wiedzieć prędko nie będzie, bo komercyjna medycyna akademicka jest ekstremalnie sceptycznie nastawiona do wszelkich darmowych metod zdrowienia. Dla naszego dobra, rzecz jasna. Wiem natomiast, że odkąd praktykuję tę metodę, to nie pamiętam, kiedy ostatnio byłem chory.
Ogólnie to nie wiem, jak to działa z naukowego punktu widzenia. Powiem Ci, że przeczytałem o tym 3 książki i cały Internet 3 razy (a Chuck Norris tylko 2) i dalej mam za daleko do łba, żeby zrozumieć mechanizmy tego całego pozbycia się CO₂, zmiany pH krwi i szeregu procesów mających wpływ na to, że pomimo tego, iż szybszy oddech jest raczej zły, to ten jest ogólnie dobry. Ograniczę się do tego, że zimno poprawia krążenie (ekspozycja na zimno zmniejsza przepływ krwi, ocieplanie powiększa i tak jak na siłowni: im więcej powtórzeń, tym bardziej wyćwiczone), wymusza na organizmie produkowanie tzw. brunatnego tłuszczu pomagającego chronić przed zimnem (produkuje się on naturalnie, jednak po 9 miesiącach z racji cieplarnianych warunków przestaje), a także zwiększa produkcję białych krwinek odpowiedzialnych m.in. za walkę z wirusami. Ostatnim, bagatelizowanym elementem jest skupienie i zaangażowanie, choć wydaje się mieć ono równie duży wpływ na efekty jak pozostałe elementy.
Metoda polega na połączeniu 3 elementów: oddechu, ekspozycji na zimno i uważności/medytacji. Najlepiej działają razem, ale klepie też każdy z osobna. Metoda oddechowa polega na wzięciu 30 szybkich i głębokich wdechów, najlepiej z przepony, i każdorazowym spokojnym wypuszczeniu powietrza prawie do końca. Po trzydziestym wypuszczeniu powietrza nie nabierasz już go ponownie, tylko wstrzymujesz oddech najdłużej, jak potrafisz. Prawdopodobnie około 2 min(na początku krócej, nic na siłe). W tym czasie skupiasz się na własnych doznaniach. Będziesz odczuwał mrowienie, niekiedy chłód lub gorąco i przyspieszony rytm serca, zawroty głowy. Może Ci też szumieć w uszach, możesz odczuwać lekki ból z tyłu głowy. Bądź wtedy mocno w swoim ciele, nie bój się tego. Jak już odczujesz potrzebę, nabierz na maksa powietrze i wstrzymaj 15 sekund. I wypuść. Wszystkie czynności powtórz 3 razy. Taki trening robię codziennie rano i uwierz mi, że robi dzień. Warto poświęcić te kilkanaście minut, wstać wcześniej i poczuć przypływ mocy i koncentrację z rana.
Drugim elementem jest zimna kąpiel. Najlepiej, jak tylko chwilę odpoczniesz po oddechach. Wtedy jesteś skoncentrowany, masz wyostrzone zmysły. Jeżeli masz możliwość zrobienia tego w naturalnym zbiorniku wodnym – super, ale jak nie, prysznic z sieciówki też robi robotę. Tak samo – bądź obecny. Czuj ten dyskomfort. On potrwa tylko chwilę. Po minucie zacznie Ci się podobać. Ja siedzę 3 minuty. Ty zacznij od minuty i z czasem zwiększaj. Z czasem spróbuj też opanować odruchy cofania ciała i trzęsienia. Bądź twardy i przyjmij to na klatę! 🙂 Nie rób tego tylko, proszę, jak jesteś przeziębiony lub czujesz, że coś Cię bierze. Niektórzy w Internetach piszą, że wbijają do zimnej wody wtedy i udaje im się uciec chorobie, natomiast ja na początku swojej drogi miałem taką sytuację i nie polecam rozwiązania. Chyba że Tobie akurat pomoże – każdy jest inny, ale sam Hof nie poleca takich zabaw.
Nie bagatelizuj 3. elementu, czyli skupienia. Potraktuj to jako czas sam ze sobą. Takie codzienne poranne SPA. Coś, po czym czujesz się po prostu lepiej. Początkowo olewałem ten element i efekty były wyraźnie słabsze. Myślę, że głowa jest tu tak samo ważna jak ciało. Bo uczy nas tworzyć pomost między ciałem a umysłem. Wbijać klin między bodziec a reakcję. Poznawać siebie. Ćwiczyć obecność i panowanie nad reakcjami. Łapać zdrowy dystans do umysłu (niech będzie użytecznym narzędziem, a nie Twoim panem). Stawać się silniejszymi.
O to właśnie chodzi – o bycie silniejszym wbrew promowanej słabości. O daniu sobie kopa w dupę z rana. Zrobieniu czegoś, czego nam się nie chce. Pierwsza godzina dnia jest Twoim sterem. Pamiętaj o tym. Zamiast ustawić 2 drzemki, po których będziesz bardziej zmulony, wygraj tę poranną batalię z umysłem. To zaprocentuje. Jak w książce Briana Tracy’ego „Zjedz tę żabę” – zacznij od najgorszego i później już będzie z górki. Jak wstaniesz rano i pomyślisz o sesji oddechowej czy zimnym prysznicu po wyjściu spod kołderki, dla Twojego umysłu będzie to najgorsze, co może sobie wyobrazić. Ale jak po każdym trudnym zadaniu wyrzuci z siebie tyle endorfin, że wjedziesz w dzień ze wszystkimi jego wyzwaniami i trudami jak dzik w żołędzie. Obiecuję Ci to. Przerabiam to od dawna. Kuj charakter. Wygrywaj co dzień rano tę walkę, a uwierz mi, Twoje podejście do trudnych zadań się zmieni.
Dlaczego tu tę metodę opisuję? Bo łączy ciało, umysł i ducha (jak wbijasz do lodowatej wody, to masz chwilę totalnej pustki, głębokiej pozafizycznej świadomości – to jesteś ten prawdziwy Ty), a właśnie na tych trzech płaszczyznach żyjemy. Nie tylko na umysłowej. Umysł, zwłaszcza oddzielony od reszty, łatwo oszukać. Te ćwiczenia pomogą Ci odzyskać panowanie nad nim. Powiedzieć mu czasem – zamknij mordę. Wyciszyć głupie wątpliwości i po prostu zrobić to, co zaplanowałeś. Jak chcemy, żeby ten świat poszedł w innym kierunku, potrzebujemy do tego duchowej, wewnętrznej siły. Obudźmy ją w sobie. Naturalnie. Za darmo (kilka groszy tygodniowo za przelaną zimną wodę, jak mieszkasz w bloku i masz liczniki).
Wiesz, dlaczego w tym świecie garstka rozgrywa 8 mld ludzi? Bo ci ludzie są słabi. Boją się. Strachem ich wzięli. A nastraszyć da się tylko umysł. Zmanipulować. A tego czegoś głęboko w nas, co musimy się starać odkryć, już nie. Jeżeli jesteś jeszcze na tym blogu, to znaczy, że czujesz, że coś na tym świecie nie do końca się zgadza. I to nie jest defekt z korzyścią dla większości. Chcesz zmian – przygotuj się. Rośnij w siłę. Na każdym polu. Dzień po dniu. Konsekwentnie. Jeżeli chcesz się postawić i pójść w innym kierunku, nie możesz być pizdą. Pizdy wolą posłuchać umysłu i żyć sobie w swojej strefie komfortu. Tylko co tam jest w tej strefie? Życie czy jego namiastka?
Opuść tę strefę i poczuj, że żyjesz. Jak zaczniesz ją opuszczać codziennie rano przez dłuższy czas, to stanie się to Twoim nawykiem w każdej sytuacji. Słowem końca, pamiętaj, że ludzie, będąc już starymi, zawsze bardziej żałują tego, czego nie zrobili, niż tego, co zrobili. Naucz się więc konfrontować z dyskomfortem, bo to jedyna droga prowadząca do przodu.