Drogi do zmian nie sposób zacząć bez zmiany naszej mentalności. My, Polacy, z racji swojego geopolitycznego położenia wykształciliśmy głęboko zakorzenioną skłonność do dostrzegania zagrożeń zamiast możliwości. Spowodowane jest to latami zaborów i pozostawania pod wpływami potężnych sąsiadów (po dziś dzień strategiczne decyzje zapadają nie na Wiejskiej, a w ambasadach).
Każdemu najeźdźcy zależało nie na starannym wychowaniu podległego ludu, a na uczynieniu go jak najbardziej sterowalnym – stąd między innymi pruski model oświaty. Zaprogramowani w ten sposób ludzie pokolenia komuny często są przekonani, że jedynym sposobem, by zapewnić sobie godną egzystencję, jest ciężko zapier… I często dopiero około sześćdziesiątego roku życia uświadamiają sobie, że właściwie całe życie poświęcili pracy. Starali się być jak najlepsi w swoim zawodzie, ale poza nim niewiele zbudowali. Ich relacje z bliskimi są, eufemistycznie mówiąc, umiarkowanie zadowalające. Nigdzie w życiu nie byli, o zdrowie nie zadbali, są zamknięci w swoim wąskim postrzeganiu świata. Często dochodzą do tego problemy z alkoholem i nasz narodowy sport, czyli narzekanie.
Z drugiej strony we współczesnym Internecie również mamy mnóstwo cudownych złotych rad w stylu „prawa przyciągania” i podobnych teorii. Że niby wystarczy odpowiednio wyraziście wyobrazić sobie pęgę hajsu na swojej dłoni, a przy odpowiedniej koncentracji sama się zmaterializuje. Serio…?
O ile będę zachęcał do zmiany swojego nastawienia do życia, o tyle przestrzegam przed tego typu bzdurami, bo mogą one narobić sporo problemów. Co innego konieczne zmiany w podświadomości, a co innego newage’owe bzdety tworzone głównie po to, żeby łapać zasięgi ludzi, którzy naiwnie wierzą, że da się łatwo. (Zresztą w taki kurs materializacji trzeba najpierw „zainwestować”).
O podświadomości będę jeszcze sporo pisał, ale teraz pierwszą rzeczą, którą polecam zmienić, jest hierarchia wartości.
Jednym z najbardziej widocznych skutków wspomnianej mentalności jest stawianie pracy na pierwszym miejscu. Pokolenie naszych rodziców i dziadków było uczone, że wartość człowieka mierzy się przede wszystkim jego użytecznością i zdolnością do ciężkiej pracy. W efekcie wielu ludzi poświęcało rodzinę, zdrowie i własne zainteresowania w imię zawodowych obowiązków.
Zastanów się, czy za „życie pracą” jakaś korporacja postawiła już komuś pomnik. I nie tłumacz się, że zapewniasz lepszą przyszłość dzieciom. Jeżeli nie masz dzieci starszych niż trzynaście lat, to one naprawdę mają gdzieś Twoją kasę. Dla nich liczy się czas spędzony z Tobą, zwłaszcza do siódmego lub ósmego roku życia.
Dziecko nie będzie pamiętać, że kupowałeś mu fajne gadżety. Będzie pamiętać, że Cię nigdy nie było w domu.
Jak powiedział Don Vito Corleone:
„Mężczyzna, który nie spędza czasu z rodziną, nigdy nie będzie prawdziwym mężczyzną”.
Nie namawiam do zmarginalizowania pracy, ale do znalezienia odpowiedniego balansu między życiem prywatnym a zawodowym.
Pamiętaj, że nieważne, ile zarobiłbyś pieniędzy, Twój mózg jest narzędziem, które zawsze będzie uważało, że jest ich za mało. Taka jest jego rola.
Skoro więc świadomie zdecydowałeś się na rodzicielstwo, odłóż na dekadę swoją próżność i zajmij się tym, co naprawdę ma w życiu największą wartość.
Wiem, że nie mamy zbyt dobrych wzorców, jeśli chodzi o wychowanie dzieci, ale nasi rodzice – obecni około sześćdziesięciolatkowie – żyli w zupełnie innej rzeczywistości. Oni sami byli wychowani przez pokolenie powojenne, które musiało ciężko pracować, żeby przeżyć.
My dzisiaj żyjemy w najlepszych czasach, jakie kiedykolwiek istniały. Oczywiście, jak każda epoka, także i ta ma swoje wyzwania, ale mimo wszystko mamy możliwość prowadzenia spokojnego i szczęśliwego życia.
Trzeba tylko nauczyć się panować nad własnym umysłem.
O tym oraz o innych problemach poruszonych we wstępie będę pisał w kolejnych wpisach.
Głos Stąd